Na szczęście miałam zapalenie piersi…

Krótki wstęp:
Dziecię urodziło mi się z tzw. żabką pod językiem, to znaczy miała pod języczkiem pęcherzyk nabiegły prawdopodobnie śliną, która tam zalegała, z powodu zatkanej ślinianki. Samo to nie znika jak Wieża Eiffla przy zdolnościach Copperfield’a, musi być usunięte chirurgicznie. A przynajmniej tak nam mówiono. Specjalista obejrzał Córcię jeszcze w pierwszym miesiącu życia i zawyrokował – operacja. Mimo, że starałam się o tym nie myśleć, to stres zżerał mnie powolutku, kawałeczek po kawałeczku. Byłam twarda, gdy ludzie patrzyli. Tylko czasami pozwalałam sobie pochlipać na myśl, że moje Maleństwo będzie pod narkozą poddane operacji. Aż pewnego dnia po długotrwałym zastoju mleka pojawiło się zapalenie. Niby związek żaden, a jednak! Co robić? Okłady ciepłe, zimne i oczywiście przystawiać dziecko jak najczęściej. Czyli rano, popołudniu, w nocy, gdy głodne, gdy nie głodne, gdy chce i gdy nie chce, kiedy jest mleko, ale też i wtedy, gdy pierś „pusta” jest. No nie powiem, dużo wysiłku nieraz kosztowało moje Dziecię jedno karmienie. I pewnego dnia M. pyta jak nasza żabka. Ja tam „pacze” i nic. Przyglądam sie drugi raz i też nic nie widzę. Dżołk jakiś czy co? Wyginamy się oboje, by dojrzeć, gdzie ta żabka i nadal nic. Ufo. Było i nie ma. Cóż takiego się stało? Mocne ssanie najprawdopodobniej spowodowało przetkanie kanalika i swobodny przepływ. Hurra, hurra! Kamień z serca spadł. Jak dobrze czasami mieć zapalenie piersi :-D

„Uhahana” Tak Jak Matka

3 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.