Terroryści są wśród nas…

Terroryści. Manipulatorzy. Jak zagrają tak skaczemy. Jesteśmy na każde zawołanie, na każde skinienie, na każdy najmniejszy gest zwyczajnie podwijam kiecę i lecę. Kto? Kiedy? Gdzie? Do kogo? No a jakże, do mojej najukochańszej Córeczki, która ma oboje rodziców w garści i nie wypuszcza! :) 20141127_120606-001

Moja kochana terrorystka dobrze wie, jak mnie podejść. Wystarczy, że kwiknie niczym nadepnięta piszczałka, a ja już w te pędy lecę do niej, nie zważając na przydepniętego po drodze kota. Nieszczęśliwy kot na chwilę obecną jest pozbawiony zaledwie głaskania i przysypiania na moich kolanach, a jego wylegiwanie się na środku schodów nie zawsze kończy się dla niego dobrze, ale to błahostka. Lada moment będzie pozbawiony również sierści, gdy Amelka zdecyduje się zacisnąć piąstkę na grzbiecie, a paluszki bardzo niechętnie rozprostowuje…

Manipulatorka. Już dziś rozpoznaję u niej nieposkromione pokłady głęboko zakorzenionych umiejętności manipulatorskich. Widzę z dnia na dzień coraz częściej, że robi to wręcz celowo! Ja ją do łóżeczka, by pospała, a sama bym mogła zrobić sobie chociaż kanapkę i naładować jakkolwiek baterie, a ona już! Oczy szeroko zamknięte do tego stopnia, że rzęsy zahaczają o brwi. I gęga, by się nią zająć, wziąć na ręce i okazać odrobinę uwagi. No też coś! Ma przecież od wczoraj skończony cały miesiąc! Mogłaby się zająć sobą tak z pół dnia chociaż! :P Zamiast angażować w każdym momencie biedną Matkę, nie dając ani chwili wytchnienia! Tylko tulić i tulić, karmić i karmić, a spać najlepiej na Mamie lub Tacie. Nie ma dla nas litości…

8084964915_16bec8ed1e_b

Oddaję całe serce i duszę, przyciskam do piersi, by było ciepło i bezpiecznie – z całych sił (ale nie duszę!). I co dostaję w zamian? Na początek obwisły brzuch i rwę kulszową w podzięce za 9 miesięcy noszenia pod samym obolałymi żebrami i niedomagającymi, uciśniętymi płucami. Fioletowe wory pod oczami zupełnie jak niejeden po walce w MMA. Piersi jak dobrze pójdzie sięgające do kolan, ni w ząb nie przypominające tych, które widzę na zdjęciach z zeszłego lata. Jeszcze trochę, a będę mogła zwijać je niczym plik banknotów obwiązywanych gumką recepturką. I broszki! Zdobywam wiele, wiele broszek. Broszki są z surowca naturalnego, jednego rodzaju – mleka. Broszka jest na koszuli nocnej, na koszuli dziennej, znajduję ją na pościeli, prześcieradle, ale też na swetrze, czy spodniach. I oczywiście w broszkach jest całe dziecko! A potem tylko prać, choć też nie ma kiedy, bo przecież mały Klesc wisi przy piersi. Co za życie!

Pisząc te słowa z przymrużeniem oka, tak naprawdę piję do tych kobiet, które po urodzeniu dziecka nieustannie narzekają. Że nie mają na nic czasu (ja też nie mam), że źle wyglądają (ja też, ale to kwestia pracy nad sobą, ja jeszcze nie miałam na nią czasu :D), że nie śpią (ja też nie śpię), że nie mogą zrzucić „wagi” (proponuję z trzeciego piętra przez okno, bardzo szybko spada), że życie się wywróciło do góry nogami i tęsknią za starymi czasami (a niby co miało się stać, gdy zależny jest od nas taki mały, bezbronny człowieczek?!?!), że przyjaciele się poodwracali (cóż, widać jakimi byli „przyjaciółmi”) i wszystko tylko źle, źle, źle. Ale czy naprawdę jest AŻ TAK ŹLE? Ja nie wyobrażam sobie już innego życia. Nie potrafię sobie przypomnieć, co mnie tak bardzo cieszyło, jak obecnie dotyk mojej Córki. Kiedy przed ciążą wzruszyłam się do łez jak w momencie, gdy pierwszy raz usłyszałam u lekarza bicie serca mojego dziecka. I w życiu jeszcze nie miałam skuteczniejszego bodźca do podniesienia się z łóżka niż głodowy pisk Amelki :D

(Nie)narzekająca Tak Jak Matka

30 Października 2014 część I

Mamy już skończony pierwszy tydzień życia. To znaczy Amelka, ja trochę więcej niż tydzień :-) Uczymy się siebie nawzajem. Ja ją w jakiej pozycji należy pić mleko, ona mnie w jakiej pozycji to mleko pić będzie. Na tym etapie nie wypracowałyśmy jeszcze kompromisu i zdecydowanie racja Amelki jest na wierzchu… Póki co przegrywam w przedbiegach i jeszcze się z tego cieszę jak głupi do sera.

Jednak doczekałyśmy terminu wyznaczonego na cc. Mimo wcześniejszych niedogodności – udało nam się :) Zbieg okoliczności jaki temu towarzyszył, zdarza się raz na milion przypadków!

Na całe szczęście wyjechaliśmy dzień wcześniej w pobliże szpitala. W przeciwnym razie prawdopodobnie przed porodem, przeszłabym zawał (rodziliśmy 120 km od domu). Dnia wyznaczonego, wczesnym rankiem – a może to jeszcze noc? – obudziłam się z bólem: godzina 04:30. Pomyślałam, że to pełen pęcherz uciska na macicę, która zareagowała nagłym skurczem. No nic to. Przeczekałam ból, jak to bywało wcześniej i poszłam spać dalej. Nie minęło więcej jak godzina i znów ból przerwał mój sen – 5:30, ale tym razem pęcherz nie mógł spowodować skurczu… Jako wyrwana ze snu, w końcówce ciąży, zmęczona kobieta nie zastanawiałam się nad tym długo, wygięłam się w pałąk, przeczekałam, aż dolegliwość odejdzie i znów zasnęłam. Budzik nastawiony na 6:30 nie zdążył mnie obudzić, ponieważ dwie minuty wcześniej zrobił to kolejny skurcz macicy… W tym momencie zaczęło mi coś świtać, klarować się w myślach, ale pomyślałam, że czasu jeszcze sporo. Nadeszła pora na odprężający prysznic i w drogę! Zanim dojechaliśmy do szpitala skurcze zwiększyły swoją częstotliwość do jednego na 10 minut. Szybkie podłączenie pod KTG i zdziwienie położnej: „O! Ten skurcz Pani miała całkiem mocny!” Hmmm… Nie, no przecież wykręca mnie we wszystkie strony nie z powodu mocnych skurczy, tylko przez gilgotanie…

Kolejne zdarzenia potoczyły się już bardzo sprawnie. Niebawem je opiszę, przeżycie nieprawdopodobne! I tak, zgadza się, pojechałam na operację cesarskiego cięcia we wczesnej fazie akcji porodowej :) Najlepsze co mogło mi się w tym dniu przytrafić!

Poniżej pierwszy prezent od Amelki, w której imieniu wręczył mi Tata :D

male

Obserwacja na dziś:

Muchy domowe chyba z braku pożywienia mutowały. A przynajmniej te w moim domu. Co jedzą muchy zazwyczaj? Muchologiem to ja nie jestem, ale zawsze mi się wydawało, że głównie to, w co nikt wdepnąć nie chce, oraz stare mięso. A dziś?! No rozumiem, że ja mam już swoje lata, ale żeby tak od razu mnie pożerać żywcem jak stare mięso?! Skubana usiadła na moim kolanie, które od razu zaczęła podgryzać jak najlepsze delicje. Muszę w wolnej chwili (hehe) wybić wszystkie bzycząco-latające mutanty, bo jeszcze mi dziecko zjedzą.

Świeżo upieczona Matka.

Mniej niż doba

Jeszcze nie postanowiłam jak powinnam reagować. Śmiać się, panikować, płakać? Można wszystkiego po trosze, a i tak szok jest. I to niemały.  Niby przyszła Matka przyzwyczaja się do dzidziusia przez około 9 miesięcy, Ojciec tak samo, dotyka brzucha, czuje przez skórę ruchy,  patrzy zdziwiony, że to Maleństwo już w brzuchu ma tak wiele siły… A kiedy nadchodzi krokami olbrzyma TEN dzień, okazuje się nagle, że nikt nie jest jeszcze dostatecznie przygotowany i w zasadzie to jeszcze można odłożyć na chwile poród :-) Nie powiem nie, chce już Ją zobaczyć, dotknąć, przytulić i ucałować, moja prędkość końcowo ciążowa osiąga bliską dźwięku, czyli mniej więcej porównywalną do maratończyka na emeryturze, kiedy to wszystkie stawy mu siadają, a mięśnie nie doznawszy już tej samej dawki ruchu, ogłaszają strajk i każdy ruch przypomina drogę ze stukilogramowym obciążeniem pod górkę. Chyba jeszcze do mnie to nie dociera. Niby wiem, co się jutro wydarzy, mam to wręcz na piśmie! Ale… Jakoś nie widzę tego, moje oczy wyobraźni są zdecydowanie upośledzone pod tym względem i nic nie widzą jeszcze. A stres? Najbliżsi twierdzą, że jestem spokojna, bardzo spokojna. Bo jeszcze jestem. Dopadnie mnie dopiero jutro, kiedy będziemy jechać na porodówkę. Tak jak w dniu ślubu. Też nie wierzyłam, że to się już dzieje, dopóki nie założyłam sukienki i ręce zaczęły mi się trząść…
Amelko, do zobaczenia jutro:-)
Twoja Mama