30 Października 2014 część I

Mamy już skończony pierwszy tydzień życia. To znaczy Amelka, ja trochę więcej niż tydzień :-) Uczymy się siebie nawzajem. Ja ją w jakiej pozycji należy pić mleko, ona mnie w jakiej pozycji to mleko pić będzie. Na tym etapie nie wypracowałyśmy jeszcze kompromisu i zdecydowanie racja Amelki jest na wierzchu… Póki co przegrywam w przedbiegach i jeszcze się z tego cieszę jak głupi do sera.

Jednak doczekałyśmy terminu wyznaczonego na cc. Mimo wcześniejszych niedogodności – udało nam się :) Zbieg okoliczności jaki temu towarzyszył, zdarza się raz na milion przypadków!

Na całe szczęście wyjechaliśmy dzień wcześniej w pobliże szpitala. W przeciwnym razie prawdopodobnie przed porodem, przeszłabym zawał (rodziliśmy 120 km od domu). Dnia wyznaczonego, wczesnym rankiem – a może to jeszcze noc? – obudziłam się z bólem: godzina 04:30. Pomyślałam, że to pełen pęcherz uciska na macicę, która zareagowała nagłym skurczem. No nic to. Przeczekałam ból, jak to bywało wcześniej i poszłam spać dalej. Nie minęło więcej jak godzina i znów ból przerwał mój sen – 5:30, ale tym razem pęcherz nie mógł spowodować skurczu… Jako wyrwana ze snu, w końcówce ciąży, zmęczona kobieta nie zastanawiałam się nad tym długo, wygięłam się w pałąk, przeczekałam, aż dolegliwość odejdzie i znów zasnęłam. Budzik nastawiony na 6:30 nie zdążył mnie obudzić, ponieważ dwie minuty wcześniej zrobił to kolejny skurcz macicy… W tym momencie zaczęło mi coś świtać, klarować się w myślach, ale pomyślałam, że czasu jeszcze sporo. Nadeszła pora na odprężający prysznic i w drogę! Zanim dojechaliśmy do szpitala skurcze zwiększyły swoją częstotliwość do jednego na 10 minut. Szybkie podłączenie pod KTG i zdziwienie położnej: „O! Ten skurcz Pani miała całkiem mocny!” Hmmm… Nie, no przecież wykręca mnie we wszystkie strony nie z powodu mocnych skurczy, tylko przez gilgotanie…

Kolejne zdarzenia potoczyły się już bardzo sprawnie. Niebawem je opiszę, przeżycie nieprawdopodobne! I tak, zgadza się, pojechałam na operację cesarskiego cięcia we wczesnej fazie akcji porodowej :) Najlepsze co mogło mi się w tym dniu przytrafić!

Poniżej pierwszy prezent od Amelki, w której imieniu wręczył mi Tata :D

male

Obserwacja na dziś:

Muchy domowe chyba z braku pożywienia mutowały. A przynajmniej te w moim domu. Co jedzą muchy zazwyczaj? Muchologiem to ja nie jestem, ale zawsze mi się wydawało, że głównie to, w co nikt wdepnąć nie chce, oraz stare mięso. A dziś?! No rozumiem, że ja mam już swoje lata, ale żeby tak od razu mnie pożerać żywcem jak stare mięso?! Skubana usiadła na moim kolanie, które od razu zaczęła podgryzać jak najlepsze delicje. Muszę w wolnej chwili (hehe) wybić wszystkie bzycząco-latające mutanty, bo jeszcze mi dziecko zjedzą.

Świeżo upieczona Matka.

Mniej niż doba

Jeszcze nie postanowiłam jak powinnam reagować. Śmiać się, panikować, płakać? Można wszystkiego po trosze, a i tak szok jest. I to niemały.  Niby przyszła Matka przyzwyczaja się do dzidziusia przez około 9 miesięcy, Ojciec tak samo, dotyka brzucha, czuje przez skórę ruchy,  patrzy zdziwiony, że to Maleństwo już w brzuchu ma tak wiele siły… A kiedy nadchodzi krokami olbrzyma TEN dzień, okazuje się nagle, że nikt nie jest jeszcze dostatecznie przygotowany i w zasadzie to jeszcze można odłożyć na chwile poród :-) Nie powiem nie, chce już Ją zobaczyć, dotknąć, przytulić i ucałować, moja prędkość końcowo ciążowa osiąga bliską dźwięku, czyli mniej więcej porównywalną do maratończyka na emeryturze, kiedy to wszystkie stawy mu siadają, a mięśnie nie doznawszy już tej samej dawki ruchu, ogłaszają strajk i każdy ruch przypomina drogę ze stukilogramowym obciążeniem pod górkę. Chyba jeszcze do mnie to nie dociera. Niby wiem, co się jutro wydarzy, mam to wręcz na piśmie! Ale… Jakoś nie widzę tego, moje oczy wyobraźni są zdecydowanie upośledzone pod tym względem i nic nie widzą jeszcze. A stres? Najbliżsi twierdzą, że jestem spokojna, bardzo spokojna. Bo jeszcze jestem. Dopadnie mnie dopiero jutro, kiedy będziemy jechać na porodówkę. Tak jak w dniu ślubu. Też nie wierzyłam, że to się już dzieje, dopóki nie założyłam sukienki i ręce zaczęły mi się trząść…
Amelko, do zobaczenia jutro:-)
Twoja Mama

Poród SN czy CC? Kto o tym decyduje?

Zanim zaszłam w ciążę już wiedziałam jak będę rodzić. Zanim zaczęłam odczuwać potrzebę macierzyństwa – już wiedziałam jak będę rodzić. Ja nawet wiedziałam jak będę rodzić zanim miałam partnera do tych niecnych czynów! Ale czy to na pewno tylko i wyłącznie mój wybór?  :roll:

Od zawsze byłam zdecydowana na cesarskie cięcie. Albo inaczej, wiedziałam, że nie chcę porodu naturalnego, bo… się boję :P A cesarka? Proste: kładą Cię na stole, rach-CIACH i po operacji, dziecko wyjęte, Ty zszyta, odpoczywasz. Nie czekasz na skurcze, nie męczysz się godzinami – a i tak przy porodzie siłami natury nigdy nie wiesz, czy nie skończysz na stole operacyjnym. Jeśli mam wybór i mogę wybrać opcję mniej bolesną, to czemu nie? Masochistką nie jestem, żeby sama w siebie piorunami ciskać. Fakt, po cesarce kobieta niejednokrotnie dłużej do siebie dochodzi, ale skąd mam wiedzieć, czy dziecko w czasie porodu naturalnego nie utknie w drogach rodnych? Czy nie będzie porodu kleszczowego? Czy nie zaplącze się w pępowinę? Czy mnie nie porozrywa do nieprzytomności matki, bo dziecko będzie duże? Nie wiem. Nie wiem, nie chcę tego wiedzieć i wolę nie ryzykować.

Zatem wybrałam! Będę rodzić przez cesarskie cięcie. Mam wyznaczoną datę, a nawet godzinę porodu, wiem, że będzie trwał 15-20 minut. Całkiem nieźle, prawda? I tu rodzi się pytanie, czy ten wybór na pewno należy tylko do mnie? Jak się powoli okazuje – nie bardzo. Już pięknie sobie wszystko zaplanowałam, a nienarodzony członek rodziny zdaje się mieć plany zgoła inne aniżeli ja. Taka sytuacja: 35 tc, brzuch nisko i skurcze. Skurcze – ok., mogą być, ale kilka dziennie, a u mnie? Kilkanaście i to mocne, a do tego czuję jak z całym impetem momentami napierają na szyjkę i tak już skróconą. Na cesarkę w takim wypadku już nie ma co liczyć, przecież nie mogę mojego lekarza zerwać z domowych pieleszy wtedy, kiedy Amelka tak zadecyduje :)  Cóż… nie pozostało nic innego, jak wyczekiwać odpowiedniego momentu, bo dotrwanie do terminu graniczy z cudem. Jest jednak i dobra strona, nasza Amelka prawdopodobnie będzie z nami już niedługo, szybciej niż się spodziewaliśmy :) I już jest powód do radości :)

Masz plany? Jakie plany? Życie i tak pokieruje Cię własną drogą :)

Z wyrazami szacunku dla planów, jakie dla mnie przygotowało życie,
próbująca się zachowywać Tak Jak Matka.